Bieg po życie! (relacja)

Ludzie mają wielkie serca, zbyt mało się o tym mówi – relacja z biegu Hjuston mamy problem

 

„Wszyscy jesteśmy zdolni do wielkich rzeczy,

 jeśli nie pozwolimy, żeby pokonał nas strach przed własną słabością”

(Jan Paweł II)

DZIEŃ I

Czersk – Tuchola – Bydgoszcz

Wszystko zaczęło się tu, w moim rodzinnym mieście. Po raz kolejny okazało się, że w Czersku czuję się jak w domu. Do Parku Borowiackiego, z którego zaplanowaliśmy start, przyszły dzieci z przedszkola, harcerze i młodzież ze szkół. Byli moi nauczyciele wf’u, burmistrz, przyjaciele, rodzina i wielu ludzi, którzy bardzo nas wspierali. To tu zaczerpnęliśmy siły na kolejne 4 dni i 450 km biegu.

Pierwszy etap biegli czerscy doświadczeni biegacze. Zebrała się ich spora grupa, nie wahali się ani chwili, by wesprzeć naszą akcję. Odprowadzili nas do rogatek gminy, a tam pałeczkę przejął mój przyjaciel Mateusz Osowski(Czersk), później biegła jego siostra Agnieszka(Czersk).

W czasie, kiedy oni przemierzali kolejne kilometry, reszta ekipy promowała akcję w Tucholi. Dzięki uprzejmości Domu Kultury mieliśmy nie tylko nagłośnienie na rynku, ale też przemiły dźwiękowiec pomógł nam pompować balony i skręcać z nich zwierzątka dla dzieci. Wielu ludzi w Tucholi życzyło Ani zdrowia.

(foto Andrzej P. Drelich, tucholanin.pl)

W Tucholi pałeczkę (rakietę) przejął Patryk Gaszkowski (Czersk), dalej Beata Skuczyńska (Starogard Gdański), Krzysztof Szarski (Czersk), Łukasz Zaboklicki (Ząbki) i ja Ewa Klamann (Czersk).

I tak dobiegliśmy do Bydgoszczy. Tam czekała na nas Telewizja Polska, by zrobić z nami krótki materiał.

http://regionalna.tvp.pl/15043021/biegna-by-zebrac-na-leczenie-kolezanki

Rozdaliśmy kilka ulotek, pomalowaliśmy dzieciom twarze, sami daliśmy się pomalować, rozmawialiśmy z przechodniami. Niektórzy byli bardzo otwarci, inni próbowali nas zagiąć pytaniami o międzybłonniaka, Houston, czy Tarnowskie Góry. Przypieczeni słońcem, wyczerpani i szczęśliwi zakończyliśmy pierwszy dzień biegu po życie.

DZIEŃ II

Bydgoszcz – Inowrocław – Konin

Z Bydgoszczy wyruszyliśmy skoro świt. Pierwszy etap wzięli na swoje barki (a raczej nogi) Paulina Bober i Sebastian Januszewski z Czerska.

Pogoda nadal była piękna. Nasz transparent na rowerze działał jak żagiel w czasie wiatru. Gdy rowerzystą była dziewczyna, stawało się to uciążliwe, gdyż wiatr spychał nas z drogi.

Dalej dotarła do nas nieoceniona pomoc z Warszawy. Maciej Żukiewicz (Błonie), Patryk Aida (Warszawa) i Patryk Sołtys (Warszawa) wykonali kawał dobrej roboty. Przebiegli łączni 70 km i  tyle samo przejechali na rowerze.

Maciej Żukiewicz napisał reportaż z tego dnia. Warto zapoznać się z jego spojrzeniem na nasz bieg.

http://sport.tvp.pl/15040630/450-km-przez-polske-najlepszy-bieg-w-zyciu

Gdy oni przemierzali dystans, my rozdawaliśmy ulotki i balony, prosząc o datki na konto fundacji. W Inowrocławiu mieliśmy blisko tężnie solankowe, więc mogliśmy dotlenić się przed kolejnymi etapami drogi.

Etap do Konina pomogła nam przebyć Joanna Górska (Słupca). Bardzo pozytywna kobieta. Nie zna Ani, a o naszym biegu dowiedziała się przez portal społeczności owy i postanowiła pobiec 20 km. Krzysztof Szarski towarzyszył jej na rowerze. Nie obyło się bez pobłądzenia, i tak Joanna i Krzysztof zrobili kilka dodatkowych kilometrów, ale z uśmiechem na twarzy dotarli w końcu do Konina.

W Koninie odbywał się festyn, więc postanowiliśmy się przyłączyć. Dzięki uprzejmości organizatorów, przywitałam wszystkich ze sceny, wyjaśniłam kim jesteśmy i co tu robimy. Pobyliśmy trochę z mieszkańcami Konina na festynie i ruszyliśmy w poszukiwaniu noclegu.

Nasz stały biegacz Krzysztof  obchodził tego dnia urodziny. Odśpiewaliśmy mu wszyscy 100 lat i wręczyliśmy prezenty. Balon z życzeniami, żyrafę skręconą z balona (ona wychodziła nam zdecydowanie najlepiej) oraz nieoceniony prezent po ciężkim dniu – obiad. Jego mina mówi wszystko.

DZIEŃ III

Konin – Kalisz – Wieruszów

                Ten dzień nie zaczął się najlepiej. Pogoda była brzydka. Okazało się, że zdecydowanie lepiej jest biec, niż jechać na rowerze. Każdy z nas, kto spędził godzinę na rowerze w deszczu, wietrze i temperaturze nieprzekraczającej 4 stopni Celsjusza , był przemoczony i przemarznięty do szpiku kości.

Cały dzień biegliśmy w 6 osób: Paulina, Sebastian, Krzysztof, Łukasz, Marek Majewski i ja.

„Szczęściarz”, który jechał na rowerze ubierał na ręce skarpetki, bo nie mieliśmy rękawiczek, a po kilku minutach jazdy bez okrycia rąk, nie czuliśmy palców.

To tu odbył się pierwszy zupełnie kobiecy etap sztafety (na rowerze ja, biegnie Paulina ). I to właśnie w tym etapie rakieta straciła skrzydło, gonił nas pies i nie do końca wiedziałyśmy którędy mamy biec.

Nie obyło się bez pomocy lekarza. Paulina trafiła na pogotowie, później do okulisty.. Po małym zabiegu, oko było prawie jak nowe.

Dobiegliśmy do Kalisza, gdzie przywitano nas bardzo serdecznie.

Zaproszono nas do Urzędu Miasta i tam dostaliśmy wiele gadżetów, a to co przydało się najbardziej i bez czego już nie wyobrażamy sobie naszego biegu, to karton krówek! Jedliśmy je potem non stop. Przed biegiem, w czasie i po.

Fatalna pogoda sprawiła, że na pięknym kaliskim rynku nie było praktycznie nikogo. Zapakowaliśmy cukierki, kaliskie andruty i gadżety, posłuchaliśmy kilku ciekawostek o mieście od dziennikarza z portalu Calisia.pl i ruszyliśmy dalej.

I tak dobiegliśmy do Wieruszowa. Ilość jedzenia, jaką niektórzy z naszych biegaczy potrafili pochłonąć na kolację, wciąż nas zadziwia.

DZIEŃ IV Wieruszów – Kluczbork – Tarnowskie Góry

Następnego dnia w deszczu o 6:00 rano wyruszyło dwóch naszych śmiałków Krzysztof i Łukasz. Postanowili w ten sposób odciążyć nieco śląską ekipę, która o 7:00 startowała z miejsca, w którym my skończymy. Wybiegli im naprzeciw.

Przekazaliśmy pałeczkę Ślązakom.

Część naszej grupy odwieźliśmy na dworzec w Kluczborku, (skąd wracali do domu) a reszta z nas pojechała do Tarnowskich Gór. Uścisk Ani, którym nas powitała, był bezcenny. Nagle zimno, ból i zmęczenie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. W jej rodzinnym domu panował gwar. Biegały dzieci, kręciła się rodzina bliższa i dalsza. Czuliśmy się tu naprawdę dobrze. Mama Ani poczęstowała nas wspaniałym obiadem i pozwoliła nam odpocząć przed koncertem. Budziki okazały się nieskuteczne i w końcu trzeba było nas budzić „ręcznie” . Ruszyliśmy na koncert.

Mimo potwornego zimna zespoły grały, a zbiórka trwała. Mieliśmy problem z wiązaniem balonów i malowaniem dzieciom buziek, bo palce odmawiały nam posłuszeństwa. Za to atmosfera była gorąca.

Kilka minut przed 18:00 umówiliśmy się z dobiegającą ekipą, że dołączymy do nich na kilkaset metrów od miejsca koncertu. Spotkał mnie ogromny zaszczyt, bo to mi wręczono pałeczkę, bym z nią wbiegła na rynek Tarnowskich Gór.

Pokonując ostatnie metry myślałam o tym, że się udało, że strach przed organizacją wielkiego przedsięwzięcia nas nie pokonał. Pomyślałam też o wszystkich, którzy z nami biegli. Przecież mogli spędzić weekend majowy w inny sposób, przecież wielu z nich  nie zna Ani. Jedno wiedziałam na pewno – Ania miała rację pisząc:  Ludzie mają wielkie serca. Zbyt mało się o tym mówi”.

 

Dziękuję wszystkim, którzy biegli, pomogli lub chociaż podarowali nam swój uśmiech i miłe słowo. Bez Was nie dalibyśmy rady.

Ewa Klamann

To ta rakieta przeszła przez ręce wszystkich 32 biegaczy. Jest połamana, brudna i zniszczona. Dla nas jednak stanowi symbol wysiłku, poświęcenia i przyjaźni.

 28

  1 comment for “Bieg po życie! (relacja)

  1. Marcin
    3 września 2014 at 11:00

    Tego szukałem:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress